W krwawym polu srebrne ptaszę
Poszli w boje chłopce nasze
W. Pol
Dzikie tłumienie uczuć patriotycznych w Królestwie przez absolutny, nie przebierający w środkach rząd moskiewski, pociągnęło wiele ofiar, a stąd rodziło rozgoryczenie i chęć odwetu w narodowej duszy polskiej. Organizują się komitety różne nazwą, zdążające jednak do tego samego celu - do wydobycia się z obroży niewoli moskiewskiej. Z pomiędzy komitetów jeden zaczął róść w siłę, stawał się z wolna naczelną władzą spiskową, a od 1 IX 1862 otwarcie jako taki występował. To Komitet Centralny Narodowy. Pracują w nim z całym poświęceniem Bronisław Szwarc, Zygmunt Padlewski, z fanatyczną nienawiścią do wrogów Ojczyzny Agaton Giller. Komitet Centralny przekonuje się, że ruch rewolucyjny w Polsce będzie odosobniony, bo praca konspiratorska zmierzająca do usamowolnienia włościan dobrze się jeszcze nie rozwinęła. Na skutek tego przekonania przyjmowała się myśl, by powstanie na jakiś czas odłożyć. Zagorzali jednak parli do natychmiastowego wybuchu, a to tym bardziej, by nie dopuścić do branki rekruta dokonywanej raczej sposobem proskrypcyjnym policyjnie, niż na mocy losowania.
Komitet Centralny ogłasza się Rządem Narodowym, a w skład jego wchodzą: Zygmunt Padlewski, Stefan Bobrowski, x. Karol Mikoszewski, Oskar Awejde, Jan Majkowski i Józef Jankowski. Dzień powstania oznaczono na 22 stycznia. W tym dniu zaczyna się nasza tragedia narodowa, smutniejsza i krwawsza od innych, więcej jęku, więcej kajdan, krwi i Sybiru, a, co najsmutniejsze, to po powstaniu większa martwota i większy brak wiary w siebie. Mickiewiczowskie zapał tworzy cuda gnało tysiące młodzieży szkolnej i rzemieślniczej w szeregi powstania, by ginąć za Ojczyznę.
W tej krwawej ofierze za wolność i swobodę ziemi ojczystej złożył swe życie mrzygłodzianin, Franciszek Niedzielski.
Kiedy opuszczał progi rodzinnego miasteczka, w drodze do przemyskich szkół majaczyła mu się najpewniej rewerenda księdza i brewiarz złocisty. Lecz nie dane mu było ze złocistej książki, pod plebańską lipą odmawiać kapłańskich pacierzy. Miłość Ojczyzny, jak każda inna miłość, upomniała się o swe prawa - ofiarę. I on, którego miłość nie była kłamstwem, opuszcza mury gimnazjum, żegna szóstą klasę, wstępuje w powstańcze szeregi, by z nich już więcej nie wrócić.
Lecz otwórzmy notatnik późniejszego księdza rodaka z Mrzygłodu i przyglądnijmy się bliżej naszemu młodemu bohaterowi z powstania styczniowego: On Franuś, jak go rodzice wołali, on Franuś, jak go pieszczotliwie mała Marysieńka nazywała, chodził po ogrodzie dzień cały zadumany. Matusia troskliwa, patrząc żałośnie w jego ładne oczy zapytuje:- A może ty Franuś sumujesz dlatego, że ci radzimy iść na księdza? Nie zmusza cię nikt, moje dziecko. Ani ojciec, ani ja, nie chcemy dla ciebie wybierać sutanny, nie chodź taki zadumany. Tak długo nie było cię w domu, pomów z nami, pomów z ojcem, on całą zimę płakał, że cię może nie zobaczy. A gdy zaś zasłabł, to w całej chorobie o nikim innym nie mówił, tylko o tobie: co mój Franuś porabia, on najlepsze dziecko, on mnie nigdy nie obraził, ażebym też go zobaczył. Oto jego mowa była podczas choroby.
Tak zagadnęła biedna matka wracająca z pola ukochanego Franusia, gdy czytał w ogrodzie "Wezwanie do narodu". Podniósł po słowach matki Franuś swe duże i iskrzące się jak węgiel oczy ocienione bujnymi rzęsami, rozglądnął się po ogrodzie, jakby chciał się przekonać czy nikogo nie ma i tak powiada: - Wiem, mamo o tym, że zostawiacie mi wolę w wyborze stanu i tym się nie sumuję. - No, to, o co ci chodzi - zagadnęła matka patrząc w ziemię. - Jest inna rzecz, która mnie do zastanowienia zmusza. Proszę mamy, myśmy stracili wolność, trzeba nam ją odzyskać. Niewola upodla jednostki, upodla cały naród. Człowiek zaś, jak i cały naród, z każdym dniem ma być lepszym, ma dążyć do doskonałości. - Jeżeli takie jego przeznaczenie, to obowiązkiem jego zdobyć wolność. Powiesz mi potem, jak wydam obiad, a przyjdź za chwilę - pożegnała matka syna swego ukochanego, który - za kilka lat, jak sobie myślała - głowę jej przed ołtarzem ściśnie.
Franuś został sam, z początku zafrasowany, czy za dużo nie powiedział. Lecz zaraz, pod wpływem tych głębokich słów powiedzianych matce, duch żołnierski przejawił się w pieśni:
"Gdzie jedziesz Franusiu
Na wojenkę, matusiu
Na wojenkę daleko,
Tam będę wojował
Bym wolność zgotował
Ojczyźnie Polsce mojej."
Minęły wakacje, Franuś pożegnał ojca, matkę poczciwą i, z włoskami jak len, Marysieńkę, z bólem żegnał. Dwa miesiące minęły jako tako. W grudniu dochodziły poza bramę gimnazjum nowiny o W. Księciu Konstantym, namiestniku Królestwa, o margrabi Wielopolskim, o brance, o gwałtach częstych i dzikości moskiewskiego najazdu. Ogień gorzał w młodych wielkich sercach. Trzeba pójść na pierwszy głos trąbki, powtarzał niejeden, trzeba pójść, choćby wprost na bagnety, dość upodleń, dość jarzma - wołał inny.
Z wiosną 63 roku w Przemyślu kipiało. Co godzina, a nowa wiadomość. Tu młodzież rzemieślnicza nocą opuszcza miasto, za chwilę zamyka za sobą raz na zawsze bramę seminarium kleryk łaciński, gimnazjum wyższe to jakby koszary, z których wymarsz lada chwila, byle sposobność pomyślna się nadarzyła.
Franuś był między pierwszymi. Czasem żal mu było domu w małej mieścinie. Jakby chciał cegły jego ucałować, upaść do nóg ojcom swoim, a małą Marysieńkę, choćby raz jeszcze w główkę ucałować i uścisnąć. Postanowił jeszcze raz udać się do Mrzygłodu, na dzień, w którym tratwie naładowane drzewem powiozą ochotników od Liska i Sanoka. W nocy tratwie miały płynąć obok Mrzygłodu. O tej godzinie miał być na przewozie. Biegł jak huragan, bo z Przemyśla wybiegł późno, tchu mu w piersi nie stawało, lecz wreszcie dobiegł ojcowskiego domu. Późna godzina, wszystko zamknięte, za chwilę tam tratwa na krótko przystanie. Nie było czasu. Patrzył tylko na bryłę ojcowskiego domu, ucałował ją, zrosił ją łzami, Krzyżem świętym siebie i dom naznaczył i biegł dalej. Stanął na garncarskiej stronie miasteczka, pod małym, niskim domem, zamglone szybki ostrożnie przetarł rękawem. Podsunął się bliżej, chciał raz jeden jeszcze zobaczyć tę anielską postać mieszczańskiego dziewczęcia. Chciał ja, choć dla niej był obcy, jak każdy inny pożegnać i pobłogosławić. On, idealista, co nie znał brudu w swym życiu, on wielbił, kochał, te Polusię biednego garncarza, za to, że jak kwiatuszek piękną była i brudu nie znała. Chciał ją dojrzeć. Ujrzał ją, dokładała szczypek do ognia, a potem postawiła klocek gliny na krąg garncarski, za którym siedział ojciec dłubiąc w klocku i formując garnki. Nie znasz moich uczuć, tyś święta dziewczyna, żegnaj i bądź zdrowa. Puścił się pędem uliczką w stronę kościoła. Cisza grobowa zaległa cmentarz kościelny, czarne mury świątyni patrzyły z miłością na tego młodego obrońcę wiary i ojczyzny. Nie uląkł się cmentarnego nastroju, bo on bał się tylko grzechu. Płakał w poczuciu swej marności wobec Boga. Korzył się przed Nim i błagał o przebaczenie, prosił o błogosławieństwo. O, Boże, błogosław, my za Twe ołtarze zbezczeszczone, za Twą wiarę poniewieraną, za lud wierny Tobie idziemy po sprawiedliwość. Błogosław mnie, Zbawicielu, zbaw Ojczyznę, jako świat cały zbawiłeś.
Modlitwę gorącą przerwały dolatujące głosy hymnu wojującej Polski "Jeszcze Polska nie zginęła". Zerwał się prędko i biegł ku Sanowi. Kurtkę powstańczą zapiął, czapkę w ręku trzymając znalazł się na tratwie. Żegnaj, pogrążone we śnie rodzinne miasteczko!
Franek Niedzielski utonął najprawdopodobniej pod [Józefowem] wpędzony w rzekę przez moskali.
Komentarze mogą być dodawane tylko przez zalogowanych użytkowników. |