6. Rok 1846
Historia - Kronika księdza Józefa Michałkowskiego

Któż ona? Na głowie korona z pereł i diamentów, lśniąca się szata złocista zwisa aż do ziemi. Któż ona? Stanęła na otwartym polu, oparła jedną dłoń o skałę granitu, dumnie na około spogląda hen, na dalekie, sine morze, spokojna i cicha. Przychodzą króle w koronach błyszczących, pokłon oddają i o łaskę proszą, proszą o pamięć i życzliwość. Rycerze z dala, aż stamtąd, gdzie słońce wschodzi i zachodzi, hełmy zdejmują, klękają na kolana, a jedno Twe spojrzenie do zgonu życie im umila. Jakaś Ty piękna i bogata. Ktoś Ty?

Lecz czemu tak długo tu nikt nie przybywa? Czemuż od tak dawna darów nikt nie składa, nikt się o Ciebie nie spyta? Oczy nie rzucają iskier wewnętrznego szczęścia. Ktoś Ty tak piękna a tak bardzo smutna? Czyżby się serce odmieniło dostojnych królów i możnych rycerzy? A czemu Ty bardzo smutna, może ich miłość i szacunek zmienił się w śmiertelną nienawiść? Może w skrytości mord na Ciebie knują?

Tak. Tyś przez swych wielbicieli rzucona na ziemię, deptana, koronę z Twej głowy odarto, szatę na troje poszarpano. Ktoś Ty, co w mordzie okrutnym na Tobie dokonanym, podnosisz dumnie, z pogardą, swą głowę, choć znów ją za chwilę we własnej krwi skąpiesz? Jakie Twe imię nieśmiertelna męczennico?

Jam Polska!

Blaskiem majestatu opromieniałam obcych, a z blasku mego w ich sercach poczęła się zazdrość, w sercach swoich zuchwałość i brak ostrożności. A choć oparłam się o silny granit tatrzański i głębią morza się zasłoniłam - stawałam się słabsza. I oto króle i rycerze, którzy mi dawniej hołdy składali, nałożywszy na swe oblicza maski, zbliżali się z wolna, ale ciągle i bez przestanku. A gdy już byli blisko, z dzikością szalonego znowu uderzali. Stratowano mię, koronę porwano, a szatę rozdarto i mnie rozkazano umrzeć. I choć dla świata umarłam, to żyję wśród swoich, sił mam coraz więcej. Podnoszę się, choć znowu we krwi z ran zadanych upadam zemdlona. Lecz przyjdzie chwila, że zbiorę wszystkie siły swoje, rzucę mym wrogom rękawicę boju - i wtenczas powstanę.

I w tej Polsce, w epokach jej chwały, upadku i walki o niepodległość świeci mieszczaństwo polskie niby świetlista smuga, na której nie masz cienia. Przyoblekło się w honor niby w śnieżną szatę nigdy nie splamioną. Szło naprzód ono z wiarą i miłością dla Ojczyzny, choć mimo samorządu nie zawsze działo mu się dobrze, nie zawsze było sprawiedliwie traktowane. Postępowało naprzód z ogniem przywiązania i nie stygł on w nim. Ból czuło, gdy bólem jęczała Ojczyzna, dzieliło z nią radość, gdy nadeszła chwila radości. W służbie dla Rzeczypospolitej krwi swej nie żałowało. Lwów, Trembowla, Kamieniec i tyle innych miast i miasteczek w czasach najazdów krwią popłynęło. Ojczyzna upada, walka o niepodległość się wszczyna, któż staje w szeregach obrońców, kto cudów dokazuje? Obok ofiarnych serc szlacheckich idą szeregi mieszczaństwa, idą pod wodzą Antoniego Morawskiego, rzeźnika w Gnieźnie, by z Konfederatami przeciw Moskwie walczyć. Idą pod wodzą Jana Kilińskiego, szewca z Warszawy, "by moskaliskom sprawić weselisko krwawe". Rok 1831 i 1863 porywa zastępy młodzieży rękodzielniczej z miast i miasteczek, krew z nich wysącza i oddaje śmierci! A oni idą posłuszni wezwaniu Matki Ojczyzny, idą, choć wiedzą, że ofiara ich będzie cicha i nieznana, że imiona ich na zawsze skryją cienie grobu, że laury, pomniki nie dla nich. Idą, bo w sercach ich wrzała miłość Ojczyzny i gorące pragnienie jej szczęścia.

A rok 1846 piękne wystawia świadectwo naszemu Mrzygłodowi. Zapisał się szlachetnym czynem jego mieszczan. Zanim przystąpię do szczegółowego skreślenia tej przepięknej kart w historii Mrzygłodu, wprzód przytoczę słowa Józefa Żywickiego, wydawcy pamiętnika Józefa Jakóbowicza pod tytułem Szlachetny czyn mieszczan z Mrzygłodu w roku 1846: "Najpiękniejszym wszakże - powiada tenże Józef Żywicki - przykładem szlachetnej miłości bliźniego i bezinteresownego poświęcenia, przyświeca w owym strasznym roku czyn wzniosły i niezwykły przezacnych mieszczan polskich z Mrzygłodu podjęty w obronie tych patriotów, co nieść mieli słowo równość i braterstwo obłąkanemu ludowi wiejskiemu i oddać mu ziemię na własność."

Gdy rządy pod zaborem austriackim względem Polaków były bardzo ciężkie, Towarzystwo Demokratyczne pracuje nad tym, by przerwać kajdany i zrzucić obrożę niewoli. Myśl wielka znajduje gorących zwolenników. Zaczyna się praca konspiratorska. Praca rozszerza się i na stosunki społeczne, planuje się zmianę na korzyść poddańczego ludu. Wrze w kraju pod wpływem hasła: "wolność polityczna i usamowolnienie włościan".

Spostrzegł rząd meternichowski, jakie by poważne niebezpieczeństwo jemu zagroziło, gdyby ta kilkumilionowa rzesza stanęła przy boku szlachty w obronie zgrabionej ziemi. Spostrzegł to i,jak wąż chytry i przebiegły, uknuł zbrodnię, która zostawiła plamę na nim nigdy nie zmazaną. Gdyż zamiast siłą zbrojną stłumić mające wybuchnąć powstanie, postanowił je stłumić masami ludu wiejskiego rozpalonego wódką i, spowodowaną przez siebie, nienawiścią tego ludu do dworu. Stosunki pańszczyźniane nie były, co prawda, dla ludu do pozazdroszczenia. Było u nas pod tym względem nawet lepiej niż za granicą, ale te stosunki pogorszyły się u nas po zaborze Galicji. Rząd austriacki zlecił szlachcie takie czynności, które nigdy nie mogły stosunków złagodzić, ale raczej je zaostrzyć. Wymiar sprawiedliwości, pobór rekruta i ściąganie podatków należały do funkcji "dominium". Dominium zatem było ucieleśnieniem wszelkiego ucisku. Nie bez winy była i część emisariuszy, szczególnie lwowskich, którzy dla łatwiejszego pozyskania ludu rzucali hasło zupełnej równości obywateli. Byli inni, którzy ludowi szeptali, że tysiące Polaków z Francji i Rosji czeka na wybuch powstania. Ten ostatni podszept wśród ludu rząd zbrodniczo ludowi wytłumaczył: "że skoro szlachta chce z Polakami zerwać się na cesarza i chłopów rznąć, to zanim Polaki przyjdą, trzeba rzucić się na szlachtę." Wobec takich tłumaczeń ze strony rządu austriackiego, rząd rewolucyjny wiedział, że z planu jego najważniejszy kamień fundamentu się usuwa. Stracił zaś wszelką nadzieję pomocy spod strzechy wiejskiej, gdy rząd - by zapewnić lud o swej udanej życzliwości dla niego, przedstawił się, w przeciwieństwie do szlachty zostającej w roli egzekutora powinności państwowych, jako tego ludu prawdziwy opiekun - rzucił z powodu klęski nieurodzaju w roku 1845 zapomogę w samym przededniu powstania.

Mimo że lud zajmował wrogie już do sprawy stanowisko, nie było czasu, by termin powstania, wyznaczony na 21 lutego, odwołać. Na takim gruncie wybuchła w dniu 21 II 1846 roku trzechdniowa rzeź szlachty galicyjskiej. Idąc ona od środka swego w zachodniej Galicji na wschód, słabła w swej sile i traciła na ogniu. W Sanocczyźnie jeszcze pracują cepy, siekiery i piły, płoną dwory, a krew się strumieniami leje. Obwód sanocki należał do tych kilku najbardziej rozszalałych.

Rząd rewolucyjny nie zdołał odwołać powstania. Dlatego to 21 lutego dobił się do majątku Józefa Jakóbowicza mieszkającego w Żohatynie, 5 mil na północ od Sanoka, sąsiad jego Wincenty Morze, obywatel z Jawornika Ruskiego, dawny żołnierz gwardii, ozdobiony w roku 1831 krzyżem virtuti militari. Przyjechał z rozkazem od komendy powstańczej w Jurowcach koło Sanoka, by Jakóbowicz zbrojnie i dwornie stawił się tamże, a to pod karą śmierci. Przewidując zły koniec, rad nie rad, wyjechał Jakóbowicz w chwilę po odjeździe sąsiada, a ponieważ droga prowadziła przez wieś Wincentego Morze, wstąpił do niego. Tu dowiedział się o buncie chłopów i o zamordowaniu cepami mandatariusza w Uluczu, przez który przejeżdżać musieli. Wskutek takiego obrotu sprawy postanowiono zamknąć się z rodzinami w jakimś murowanym dworze i stamtąd się bronić. Plan ten u ogółu szlachty sąsiedniej nie spotkał się z przyjęciem. Wobec tego, objechawszy kilka dworów, wrócił zmęczony, późno w noc, Jakóbowicz do domu. Spał twardo. O godzinie 9 rano zbudził go krzyk i zgiełk na podwórzu. Zebrał się czym prędzej, a gdy wyszedł na ganek spostrzegł czerniawę chłopów biegnących z wrzawą ku dworowi. Na zapytanie Jakóbowicza, czego żądają, jeden spośród nich, odziany płaszczem szaraczkowym i uzbrojony szpadą oficerską odpowiedział: "mam rozkaz aresztowania pana od samego pana starosty Ostermanna".

Na aresztowanie Jakóbowicza przez jakiegoś, niezawodnie urlopnika, tłuszcza nie czekała. Rzuciła się na niego, związała powrozami, a reszta rozbijała drzwi, okna, wyprowadzała konie, paliła - słowem - rabowała dwór. Podczas tej smutnej sceny wpadły na podwórze sanki z Józefem Rybickim i Kajetanem Dydzuskim, los spotkał ich podobny. Skatowany niemiłosiernie Dydzuski umarł w trzy miesiące później.

Związani powrozami, prowadzeni na postronkach, zaczęli swój męczeński pochód do Sanoka. Więźniów wszystkich było czternastu. Po drodze katowano ich i męczono, a ile razy zbliżali się do wsi leżących na drodze do Sanoka, tyle razy wychodziła tłuszcza chłopów pod wodzą hajdamaka z maczugą, by nowe im zadawać razy i z tragicznego ich położenia urągać do woli: W pochód, hej, w pochód, polskie buntowniki rozlegało się co chwila, gdy prawie nadzy, zziębnięci i broczący krwią po śniegu, zwalniali kroku z osłabienia i bólu. Trzy mile przeszli wśród okropnych cierpień fizycznych i moralnych. Śmiech ich był bez przerwy. Niebo pokryte ołowianą zasłoną zdawało się współboleć z nimi i gotować się na zagładę tej ziemi, którą ogrzewało i oświecało.

Dwie mile jeszcze do Sanoka! Jakżesz to daleko!

A cóż się dzieje w Mrzygłodzie, który za chwilę z pagórka hłomczańskiego nasi skazańcy mają zobaczyć?

Naokoło Mrzygłodu kotłowało się jak w garnku. Mrzygłodzian strach ogarnął. Wiedzieli o zamiarach chłopów, słyszeli i nieprzyjazne słówka pod adresem surdutowców z Miasteczka. W nocy przeto na 21 lutego mieszczanie rozstawili straż na wszystkich drogach wiodących do Mrzygłodu. Najsilniej obstawiona była droga od strony Hłomczy. Mieszczanie z bronią, jaką kto znalazł: rydel, motyka, narzędzia garncarskie, stali na widecie. A cóż się działo w samym miasteczku dnia 20 lutego? Otóż, posłuchajmy starego mieszczanina, który kilka lat temu tak mi opowiadał: Dzień przed tą nocą nikt za kręgiem (warsztat garncarski) nie siedział. Ja i brat mój Ignacy, świeć Panie jego duszy, chodziliśmy cały dzień po rynku. Wieczorem przyszliśmy do domu i tu matka postawiła na stole dla rodziny tyle mięsiwa, że potem nigdy tego nie było, chociaż czasy były lepsze w naszym domu. Ciekawy, pytam, co to znaczy. Ot, moje dzieci, może ostatni raz jemy, na cóż mamy zostawiać, może nas zabiją, nie ma co skąpić. Noc przeszła spokojnie. Z nastaniem dnia straże mieszczańskie wróciły do domów. W niecierpliwości wlokły się godziny. Po południu dopiero zauważono gromadę chłopów rosnącą w miarę zbliżania się do Mrzygłodu. Mieszczanie, z czym który mógł, wychodzili naprzeciw rozszalałej tłuszczy.

O dalszym przebiegu słuchajmy samego Józefa Jakóbowicza. Tak on pisze: Gdyśmy ostatni łuk Sanu przebyli i obeszli górę wysuniętą w dolinę ujrzeliśmy miasteczko Mrzygłód rozłożone w tejże dolinie. Po niejakim czasie ukazała się oczom naszym czarna masa ruszająca się po białym śniegu od strony Mrzygłodu. Czym więcej zbliżaliśmy się do siebie, tym wyraźniej mogliśmy rozpoznać, że to jest liczny zastęp ludzi zmierzających ku nam. (...) A w miarę coraz większego zbliżania się, dochodziły nas głosy z tamtej strony tak, że nabraliśmy przekonania, iż to orszak hajdamacki spieszy na powitanie nasze. Znużeni, wygłodniali, do upadłego osłabieni fizycznie i moralnie, gotowaliśmy się na śmierć niechybną. Nie ma bowiem nic straszniejszego nad lud roznamiętniony. Namiętność jednego jest bezpamiętna i dzika, a cóż, gdy tysiące spoją się jednym łańcuchem i w pierś każdego wleje się spotęgowana namiętność tysiąca. Naonczas nie lud to, ale morze, którego fale biją o brzeg niepowstrzymanie i niszczą, co spotkają w biegu. Szczerze modliłem się do Boga, ażeby pałka pierwsza, jaka ma spaść na mnie, rozmiażdżyła od razu głowę moją, gdyż przenosiłem śmierć doraźną nad wolne a okropne męczarnie, jakie już przebyłem. Minuty wlokły się dla mnie czarne, nużące, długie jak lata. Gdy już na pewną odległość zbliżyliśmy się do siebie, strona przeciwna zmieniła nagle krok posuwisty na pęd gwałtowny, któremu dzikie okrzyki i wzniesione kije nadały straszny pozór. Amen - wyszeptałem i zamknąłem oczy, gdy w tej chwili uczułem pewne potrącenie i jęk wydany przez niezliczone głosy eskortującego nas chłopstwa. Gdy otworzyłem oczy, o, jakże odmienny odsłonił się widok od tego, jaki się majaczył przed oczyma mej duszy. Oto przezacni mieszczanie polscy z Mrzygłodu uderzyli na nasz konwój, a oddzieliwszy nas, więźniów skrępowanych od tłuszczy chłopskiej, wyprawili jej potężną saradelę, rozbili zupełnie i zmusili do ucieczki. Plac boju, który otrzymali mieszczanie był zbroczony i nie trwało kilka minut, a chłopstwo pobite pierzchło na wszystkie strony.

Po odniesieniu zwycięstwa zabrali nas nasi zbawcy i powiedli do miasteczka, gdzie nas ulokowano w tak zwanym ratuszu, czyli karczmie, którą zamieszkiwał dzierżawca propinacji, jedyny naówczas Żyd w całym miasteczku. Zaraz zdjęto z nas powrozy wśród nieustannych złorzeczeń i odgrażań na chłopów. Izba, w której nas umieszczono napełniła się ciekawymi, a między nimi niejeden szlafroczek. Kobiety, patrząc na nas okrwawionych i zbolałych cierpieniem, zalewały się łzami, obmywały krew i opatrywały rany nasze. Niejedna chusteczka zdjęta z szyi służyła na obwiązanie ran naszych z braku bandaży.

Zjawił się i pan propinator. Zapytałem go, czy nie ma jakiego cyrulika w miasteczku. A gdy mi odpowiedział, że nie ma, zapytałem się czy jest kowal. Jest - odpowiedział przystojny, barczysty mieszczanin, a skłoniwszy się - Co pan rozkaże? - zapytał. Pokazuję mu palec ogryziony do kości, poprosiłem o przepiłowanie pierścienia. (...) Historia tego pierścienia jest następująca: Za Żohatynem powalono Jakóbowicza na ziemię, tratowano i obdzierano. Chłop jakiś zobaczywszy lśniący pierścień, chciał go z palca ściągnąć, a gdy to palcami się nie udało, próbował zębami. Ogryzł palec aż do krwi, ale bez skutku.

Widok mego palca - powiada dalej Jakóbowicz - i opowiedziany wypadek tak zasrożył obecnych, że miotali przekleństwa na rozbestwione chłopstwo i uspokoić się nie mogli. Poczciwy kowal, podsunąwszy pod pierścień gładką cieniuchną deszczułkę, przepiłował go po dłuższej operacji, co mi wielką ulgę zrobiło. Z panem arendarzem, który nie wiem skąd mnie znał, zawarłem umowę o dostarczenie 14 podwód, poczęstunek wybawców naszych i ugodzenie po dwóch mieszczan do każdych sań, napisawszy asygnatę do mandatariusza Macharskiego, by zaspokoił rachunek propinatora mrzygłodzkiego. Aliści pan propinator nie przyjął asygnaty oświadczając, że po podwody posłał, a w imieniu mieszczan dodał, że oni żadnego nie przyjęliby wynagrodzenia i że nas z gotowością bezpłatnie do Sanoka eskortować będą.

O, jakiż to kontrast, pomyślałem, między tym krwi i rabunku chciwym chłopstwem, a uszlachetnionym miłością bliźniego mieszczaństwem w granatowych kapotach, czerwonych pasach i białych barankowych czapkach. Tam - kobiety wiejskie wypadające z chat, jak hieny krwiożercze wyłamujące koły z płotów, aby nimi bić tych, którzy im nieśli wolność i własność w darze..., a tu! Wzruszone rozrzewnione, ze łzami w czystych jak błękit niebios źrenicach, niewiasty miejskie, które łzami tymi zraszały bolesne rany nasze. Co to za kontrasty w jednej rodzinie polskiej, jakież to światła i cienie! Nigdy nie zatrą się w pamięci i w sercu moim te jasne i szlachetne oblicza niewiast mrzygłodzkich promieniujące radością, że ich odważni mężowie wyrwali nas z rąk rozpasanego chłopstwa. A łzy czyste, które one, do głębi wzruszone, roniły, bądź to z boleści, bądź to z radości ocalenia naszego, koić będą bolesne rany, jakie nam zadało obłąkane włościaństwo.(...)

Podwody nadeszły. Pożegnanie było długie i rzewne. Dziękowaliśmy zbawcom, że mieli odwagę i siłę ducha uderzyć na kilkutysięczną bandę rozbestwionego chłopstwa i rozproszyć ją. Ściskaliśmy z głębi serca wybawców naszych z tym westchnieniem, by Bóg błogosławił ich dzieła. Oni zaś ocierali połą sumiaste swe wąsy łzami rzewnymi zalane i odpowiadali: spełniliśmy jeno powinność naszą, a za spełnienie należności nie należy nam się wdzięczność.

Jaka to dalsza jazda do cyrkułu była z nimi? Na każdych saniach jeden z więźniów - wszyscy ciepło odziani w mrzygłodzkie guńki i kożuszki, w otoczeniu dwóch mieszczan gotowych do obrony przed ewentualną napaścią. Odbierali też razy od chłopów jadących do Dobrej. Czyn ten ze strony mrzygłodzian jest nie tylko aktem wzniosłego chrześcijańskiego uczucia litości, lecz także aktem uświadomienia interesu narodowego i ducha chwili.

Czyn mrzygłodzkich mieszczan pod bokiem całego Kammeralwirtschaftsamt zu Mrzygłód, gdzie zbrodnicze pouczenia i wytłumaczenia odnośnie do planowanego powstania rozszerzone i znane były dobrze, dowodzi ich wyrobienia narodowo politycznego. Wdzięcznym powinien być ojcom i dziadom swoim każdy mrzygłodzianin, że oni dawali żywy wzór, a na przyszłość memento, iż w sprawach narodowych i polityki narodowej trzeba się orientować i trzeba się z nimi zaznajomić. W tej orientacji busolą ma być znajomość historii narodu, wiara w Chrystusa i trzeźwy rozum.

Ta potrójna siła ze szkodliwych haseł otrząść się pomoże, nie nagnie człowieka pod zbrodniczy rozkaz, choćby nawet wyszedł z ust samego władcy, nie pozwoli się okryć hańbą, choćby i życie stracić wypadało. Ale natomiast prowadzi do prawdziwego ukochania Ojczyzny, do ofiar dla jej obrony i jej odzyskania. Słowem, wskazuje i poprowadzi do podniosłych myśli, a przez myśl, do szlachetnych czynów.
Komentarze

Komentarze mogą być dodawane tylko przez zalogowanych użytkowników.

<wróć   dalej>

Login

Hasło

Zapamiętaj mnie
zapamiętywanie hasła
Nie masz konta? Załóż je sobie

ostatnio na FORUM

ostatnich 6 postów
*** Valium 5 - napisał/a: CrarfarfKer
Odp:zbiorn ... - napisał/a: jośko
Odp:zbiorn ... - napisał/a: Anna
Odp:to jest - napisał/a: Ominik
Odp:to jest - napisał/a: jośko
to jest - napisał/a: admin

........................
Pokaż ostatnie 4 godz. - 12 godz. - 24 godz.

Ostatnio w księdze gości

Beata R. Kurek
Bardzo się ciesze ze jest taka strona i mogę
cd. ->>
Νυνὶ δὲ μένει πίστις, ἐλπίς, ἀγάπη, τὰ τρία ταῦτα· μείζων δὲ τούτων ἡ ἀγάπη